Charytatywny spektakl muzyczny „SIEDEM RAZY LUBLIN”

Za nami szósta edycja przedsięwzięcia „Znani, a nieznani” organizowanego przez Lubelską Akcję Charytatywną. Spektakl "Siedem razy Lublin" w reżyserii profesor nadzwyczajnej Zofii Bernatowicz, z muzyką doktora Tomasza Momota i Natalii Wilk, odbył się w Sali Operowej Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Po raz pierwszy w historii akcji przedstawienie zostało wykonane dwukrotnie –  premiera 15, a powtórka 28 listopada. Zebrane w tym roku środki zostaną przekazane Polskiemu Stowarzyszeniu Na Rzecz Pacjentów Leczonych Żywieniowo „Mogę Żyć”. Kilka słów na temat akcji przedstawia Laura Krzysiak, laureatka medalu 700-lecia Miasta Lublin, inicjatorka Lubelskiej Akcji Charytatywnej oraz cyklu spektakli „Znani, a nieznani”, na co dzień nauczycielka matematyki w Szkole Podstawowej nr 15 im. Jana Pawła II w Lublinie. O swoich doświadczeniach opowiadają również uczestnicy akcji.

ML: Jakie były początki „Znanych, a nieznanych…” ?

Laura Krzysiak: Wszystko wydarzyło się siedem lat temu pod wpływem impulsu i chęci pomocy potrzebującym. Tak naprawdę do dziś zastanawiam się skąd miałam taki pomysł na tą imprezę i jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy włączyli się do realizacji tego przedsięwzięcia. Pozyskanie akcesu znanych osób do przedstawienia to był mój pierwszy najtrudniejszy krok, a kolejny to znalezienie autora scenariusza i reżysera. I tak rozpoczęła się trzyletnia współpraca z panią dr hab. Nataszą Ziółkowską-Kurczuk, a następne lata z dr hab. szt. prof. nadzw. Zofią Bernatowicz. Przepiękną muzykę do spektakli komponowali dr Tomasz Momot i Natalia Wilk. Nie spodziewałam się, że cel płynący prosto  z serca połączy tak dużą grupę różnych ludzi

ML: A skąd pomysł na Lubelską Akcję Charytatywną?

Laura Krzysiak: Nieoczekiwanie nasza impreza stała się cykliczną. To była spontaniczna decyzja podyktowana wspaniałą atmosferą wśród aktorów, serdecznym przyjęciem publiczności, a przede wszystkim efektami, które przerosły nasze oczekiwania. I tak grupa przyjaciół oddana sprawie nazwała się Lubelską Akcja Charytatywną – to wszyscy Ci, którzy tworzą ten projekt

ML: Komu do tej pory  udało się pomóc?

Laura Krzysiak: W  2012 roku była to pomoc podopiecznym Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia w kwocie 11.000.00 zł., natomiast w roku 2013 środki finansowe w kwocie 41.760.00 zł. zostały przeznaczone na rzecz podopiecznych Hospicjum Dobrego Samarytanina w Lublinie, w 2014 roku zebrane fundusze były przeznaczone dla Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie na zakup wiertarki szybkoobrotowej do zabiegów neurochirurgicznych w 2015 zakupiono specjalistyczne łóżka dla Hospicjum Dobrego Samarytanina w Lublinie, w 2016 pozyskane środki finansowe przeznaczone były na zakup łóżek oraz sprzętu rehabilitacyjnego dla podopiecznych DPS Kalina.

ML: Czas na podsumowanie

Laura Krzysiak: Muszę powiedzieć, że w pierwszym roku było kilkunastu entuzjastów akcji, która obecnie rozrosła się do ponad stu osób zafascynowanych i bezinteresownie tworzących zespół ludzi wspierających tę inicjatywę. Nie sposób wymienić z imienia i nazwiska wszystkich aktorów, osób wspierających, nazw instytucji i sponsorów, gdyż liczba ich w ciągu tych 6 lat jest olbrzymia. Nie chciałabym nikogo pominąć, gdyż każdy dołożył swoją cenną i wyjątkową cegiełkę.

ML: Czego życzyć na kolejne edycje?

Laura Krzysiak: Energii do działania i zdrowia. Ta grupa wie, że powstała po to aby pomagać. Przyjaźnimy się i rozumiemy – to gwarancja naszego sukcesu. 

ML: Dziękuję za rozmowę Pani Lauro i życzę dalszych sukcesów.

 

Mieliśmy również okazję porozmawiać z uczestnikami przedsięwzięcia;

ML: Panie Jacku, kto pana zwerbował do tej inicjatywy?

Jacek Sobczak: Zwerbował mnie oczywiście dobry duch Kazio Gajek. Myślałem,  że to będzie jakaś akademia, gdzie trzeba mówić wiersze satyryków Gałczyńskiego albo Kofty. A potem się okazało, że to jest całkiem fajny teatr.

ML: W ilu edycjach brał pan udział?

Jacek Sobczak: W czterech. Pierwszy spektakl to „Męskie Kino”, wyreżyserowane przez Nataszę Ziółkowską- Kurczuk. Przypadła mi swojska rola Kmicica.  W drugim, najbardziej ukochanym przeze mnie spektaklu „Historie nie z mojej bajki”, wszystko działo się w kontekście znanych bajek, takich jak „Jaś i Małgosia” czy „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków.” W „Jasiu i Małgosi” musiałem odnaleźć się w roli rola Baby Jagi. Wtedy po raz pierwszy śpiewałem piosenkę Baby Jagi, która stała się największym przebojem spektaklu. Potem była rola trzecia- don Pedero w Con Amore. To był spektakl o miłości w różnych strefach geograficznych. Kiedy wspominam te role, podziwiam Zofię Bernatowicz za to jak potrafi opracować scenariusz i Tomasza Momota za jego muzykę. Ponieważ dobrze mi wychodziło śpiewanie, to postanowił on stworzyć dla mnie arię Don Pedra.

ML: Co było dla pana największym zaskoczeniem?

Jacek Sobczak: To, że Tomek Momot stworzył dla mnie piosenki i mogłem z nim wystąpić, a Laura odkryła we mnie talent do prowadzenia licytacji.

ML: Czy zobaczymy pana w kolejnym spektaklu?

Jacek Sobczak: To będzie zależało od Laury i Zofii. Ojciec Ludwik Wiśniewski, mój mentor, mówił, że człowiek musi być bez przerwy najmowany, a najlepiej jak jest najmowany do rzeczy dobrych, więc kiedy widzę, że ktoś chce mnie nająć do rzeczy dobrych to nie odmawiam.

ML: Dziękuję uprzejmie.

 

Zaraz się dowiemy kto zagrał w tym roku rolę mieszczanina?

Panie Tomaszu, jaką rolę pan grał i który raz mogliśmy widzieć pana na scenie?

Tomasz Skonecki: Grałem 3 raz, pierwszy raz grałem upadłego rycerza, rok temu markiza francuskiego, a w tym roku mieszczanina.

ML: Ciężko było pana namówić?

Tomasz Skoniecki: Nie, to było dla mnie zaskoczenie. Znalazłem się trochę przypadkowo w tej grupie. Namówiła mnie do tego Laura. Poznaliśmy się u Kazia Gajka. Nieoczekiwanie zadzwoniła po kilku miesiącach i zapytała czy może bym z nimi nie wystąpił. Przyznałem, że jestem słaby jeśli chodzi o aktorstwo, ale mogę spróbować. Teraz jestem w tej grupie, dobrze się bawię, a przede wszystkim to ciekawa forma wspierania potrzebujących. W zeszłym roku występowałem w białych kryjących rajstopach z podwójnym klinem, innym razem musiałem uszyć lalkę wielkości człowieka. To nie jest jednak tylko zabawa, stresujemy się, przeżywamy. Bawić się można do momentu kiedy jest się za kulisami, potem światło gaśnie i nagle twoja scena. Człowiek wychodzi i myśli, żeby tylko pierwsze słowo powiedzieć, bo potem to już jakoś pójdzie.

ML: Kolejna edycja?

Tomasz Skoniecki: Oczywiście, jeżeli ktoś powie, że mogę to chęci są. Zabawa jest przednia dla wszystkich. Nikt nawet nie rozmawia o polityce, wszyscy zostawiają to za drzwiami, wchodzą i razem grają.

ML: Dziękuję bardzo.

 

Kolejny odtwórca roli to Janusz Babicz. 

Panie Januszu, jak długo bierze Pan udział w akcji?

Janusz Babicz: Ja jestem dopuszczony do tego wspaniałego grona aktorów od trzech lat . Najpierw grałem krasnoludka, potem Eskimosa, a w tym roku szlachcica, który miał zaszczyt brać udział w obradach sejmu Unii Lubelskiej. Natomiast wcześniej byłem po drugiej stronie sceny, wspierając akcję.

ML: Jak to się stało, że wystąpił Pan po raz pierwszy?

Janusz Babicz: Laura zadzwoniła i zapytała czy zechciałbym stanąć na scenie. Powiedziałem, że mogę spróbować.

ML: Rozumiem, że chęci na kolejną edycję są?

Janusz Babicz: Tak, kolejne edycje będą pewnie coraz większe, ten rok pokazał, że jeden spektakl to jest ewidentnie za mało i jestem pewien, że gdyby od razu były zaplanowane dwa przedstawienia, to drugi też byłyby zapełniony stuprocentowo. Tutaj należy się wielki ukłon dla dyrekcji Centrum Spotkania Kultur, która udostępniając tak duży obiekt, pozwoliła wystąpić wielu aktorom i obejrzeć widowisko dodatkowym licznym widzom. Ponadto, nie można zapomnieć o ogromnych sztabach ludzi, którzy dbają o makijaż, fryzury, stroje, choreografię. To tytaniczna praca, która pozwala stworzyć dobry spektakl, a opinie które słyszy się po przedstawieniu są naprawdę zachęcające.

ML: Dziękuję bardzo.

 

Mamy przyjemność rozmawiać również z Panią  dr hab. szt. prof. nadzw. Zofią Bernatowicz;

Pani Zofio, z okazji 700-lecia naszego miasta, w tym roku odbył się charytatywny spektakl muzyczny „SIEDEM RAZY LUBLIN”. Jak powstaje taki scenariusz?

Zofia Bernatowicz: Taki scenariusz powstaje z miłości do miasta. Urodziłam się na rynku, jako dziecko biegałam za wycieczkami po mieście i słuchałam opowieści o Lublinie po kilkadziesiąt razy. Od zawsze interesowałam się historią, a historią miasta w szczególności. Kocham je, w związku z tym nie wyobrażam sobie, aby 700nych urodzin nie uczcić w taki sposób.

ML: Scenariusz pisze Pani po raz trzeci. Jaki to się zaczęło?

Zofia Bernatowicz: Pierwszy scenariusz to były „Bajki dla dorosłych”, składające się z 7 scen i 9 piosenek. Drugi spektakl pod tytułem „Con amore” traktował o miłości w różnych kulturach, wielu miejscach na świecie i odmiennych czasach.

ML: Ile czasu zajmuje tworzenie scenariusza?

Zofia Bernatowicz: 2 pierwsze scenariusze tworzyłam przez pół roku. W tej edycji napisałam całość przez miesiąc z powodu nadmiaru pracy.

ML: Zdradzi Pani jaki jest pomysł na spektakl w przyszłym roku?

Zofia Bernatowicz: Nie mam jeszcze pomysłu, żyjemy nadal poprzednim przedstawieniem - odbyło się zaledwie półtora tygodnia temu. Myślałam, aby zabawnie nawiązać do polskiej literatury. Ale mam wątpliwości, ponieważ żeby się dobrze bawić publiczność musiałaby znać kultowe polskie powieści, a niestety, coraz mniej osób odczytuje kody kulturowe.

ML: Widzimy wielki sukces akcji, rozwija się co roku, przynosi coraz większe owoce. Do jakiej rangi urośnie?

Zofia Bernatowicz: Nie wiem czy akumulatory albo formuła się nie wyczerpią. Struktura jest od 3 lat identyczna, chociaż z drugiej strony, właśnie dzięki temu wszystkie osoby są zaangażowane i każdy wie co ma robić.

ML: Dziękuję.

 

Jednym z następnych rozmówców jest ksiądz Adam Lewandowski.

Proszę księdza jaką rolę ksiądz grał w spektaklu?

Ksiądz Adam Lewandowski: Grałem rolę pierwszego księcia rodu nad Bystrzycą, mającego kłopoty ze swoją krnąbrną córką, która nie chce wyjść za mąż. Ojciec ogłasza mimo wszystko, że córka gotowa jest do zamążpójścia.

ML: Który raz bierze ksiądz udział w akcji?

Ksiądz Adam Lewandowski: Drugi raz. Byłem poproszony o zagranie w spektaklu przez panią Teresę, ale najpierw musiałem uzyskać zgodę mojego przełożonego – arcybiskupa. Pozwolił mi ze względu na zacny cel. Szczególnie cenna jest dla mnie współpraca z ludźmi, którzy biorą udział w spektaklu, tworzą się przyjacielskie więzi. Właśnie one sprawiają, że człowiek przychodzi na kolejne próby, angażuje się i wraca za rok, aby zasmakować wspólnego tworzenia i służby.

ML: Dziękuję.

 

Właściciel salonu samochodowego Pan Jerzy Nazaruk również czynnie uczestniczy w przedsięwzięciu..

Panie Jerzy, ile razy brał pan udział w spektaklu, kogo Pan grał?

Jerzy Nazaruk: Sześć razy. W poprzednich dwóch edycjach miałem rolę króla, we wcześniejszych byłem zabójcą, majorem wojska polskiego i człowiekiem z reklamy.

ML: Akcja charytatywna „Znani, a nieznani” to zacna inicjatywa, proszę o niej szerzej opowiedzieć.

Jerzy Nazaruk: Przede wszystkim chodzi o to, aby pomóc potrzebującym. Tak jak po spektaklu mówiła przedstawicielka Stowarzyszenia „Chce się żyć”, pompy  które zostaną zakupione dla podopiecznych to dla nich szansa, że będą mogli funkcjonować prawie jak zdrowi ludzie. Pompa w plecaku, umożliwi im wyjście z domu, studiowanie, pracowanie, a nawet podróżowanie. Cieszę się, że są osoby  które pomagają innym, i że ja mogę być w ich gronie.

ML: Jak wyobraża Pan sobie kolejne edycje?

Jerzy Nazaruk: W Internecie spektakl ciągle żyje, dzięki temu przybędzie chętnych do grania ról i licytowania, więc z roku na rok akcja na pewno będzie się rozwijać. 

ML: Dziękuję serdecznie.

 

Udało nam się jeszcze porozmawiać z ciepłą i uśmiechniętą osobą jaką jest Pani Grażyna Adamiak;

A jaką rolę pani grała, Pani Grażyno?

Grażyna Adamiak: Grałam rolę żony malarza w legendzie o lubelskim koziołku. Uczestniczę w przedstawieniach już od 5 edycji.

ML: Jak zaczęła się Pani przygoda z akcją?

Grażyna Adamiak: Po śmierci mojej córeczki, która zginęła w wypadku, życie przestało mieć dla mnie sens. Kiedy Laura Krzysiak poprosiła mnie o pomoc byłam mile zaskoczona . Chciałam ze wszystkich sił zaangażować się i wspomóc hospicjum. Utrata dziecka jest czymś bardzo przykrym, ale udział w takiej imprezie pokazał mi, że jest jeszcze życie, że można pracować dla osób, które potrzebują pomocy. Kiedy brałam udział w akcji po raz pierwszy, hospicjum potrzebowało funduszy na karetkę, ponieważ funkcjonowało bez żadnego środka transportu . Wpadliśmy na pomysł, że oprócz przedstawienia zorganizujemy aukcję obrazów. Wraz z Laurą zostałyśmy zaproszone na spotkanie artystów i przedstawiłyśmy ideę akcji. Spotkałyśmy się z fantastycznym odzewem. Andrzej Widelski zaangażował się szczególnie i utorował nam drogę do innych osób, które z przyjemnością poświęciły czas i oddały obrazy. Wtedy dołączył do nas Piotr Zieliński, który jest doskonałym marszandem i potrafi sprzedać każdy obraz. To właśnie on zajął się wyborem przedmiotów na aukcję, sposobem ich prezentacji i wydał katalog. Uzbieraliśmy łącznie, ze sprzedaży biletów, cegiełek i licytacji, ponad 50000 złotych. To nie wystarczyłoby jednak na zakup karetki. Okazało się, że na widowni siedziała osoba, która zawodowo zajmowała się sprowadzaniem zza granicy takich samochodów i zobowiązała się do zakupienia wymarzonego pojazdu dla hospicjum.

ML: Po takim tragicznym zrządzeniu losu zapewne ma Pani inne spojrzenie na akcję niż pozostali jej uczestnicy?

Grażyna Adamiak: Myślę, że każdy z nas ma jakąś swoją drogę, najważniejsze jest to, aby z życia wyciągać jak najlepsze doświadczenia. Miałam wspaniałe dziecko, które dało mi wiele miłości, jestem wdzięczna za okres kiedy była ze mną, wszystkich bliskich zawsze mam w sercu. Myślę, że lekiem na trudne chwile zawsze jest poddanie się aktywności, szczególnie jeżeli przeradza się ona w coś pożytecznego. Póki jesteśmy przy życiu ważne jest, aby być przy osobach które nas potrzebują. Trzeba nieustannie poszukiwać i robić to, co wynika z głębi naszych serc.

ML: To podsumowanie jest aktualne dla każdej osoby na tej planecie. Powinniśmy się takimi wartościami kierować, jak dekalog do codziennego życia. Bardzo dziękuję za rozmowę.