Wiśniowa Kraina Misiów

„Posłuchajcie opowieści tej, o dwóch Misiach, które pokochały się...”

Tak zaczyna się piosenka  o moich bohaterach, o miłości do ludzi, do muzyki, do pluszowych misiów...

Niedaleko Poniatowej, w gminie Karczmiska znajduje się niezwykłe miejsce: Wiśniowa Kraina Misiów. Wiśniowa, bo domek, w którym mieszkają Misie stoi w otoczeniu sadu wiśni.

To miejsce niezwykłe. Misie, a jest ich to ponad 1300 mieszkają w osobnym domku, którego właścicielami są Danuta i Witold Danielewiczowie.

- Pierwszy miś pojawił się u nas w 1979 roku – mówi pan Witold. - Był nagrodą w Harcerskim Festiwalu Kultury Młodzieży Szkolnej w Kielcach. Wygrałem konkurs na piosenkę festiwalową. Rok później pojawił się kolejny miś. Tym razem był nagrodą na festiwalu w Siedlcach.

Z festiwalem w Siedlcach wiąże się pewna anegdota. W tym samym czasie państwo Danielewiczowie wraz z częścią zespołu, dostali zaproszenie  do Warszawy na nagranie audycji „W stereo i w kolorze”. W Siedlcach zostało kilka starszych dziewcząt, które z nagrodą musiały wracać autobusem PKS do domu. Miś był sporych rozmiarów i został posadzony sam na siedzeniu. Gdy przyszedł konduktor, uznał, że misiek zajmuje miejsce i trzeba zapłacić za niego bilet. Nie słuchał żadnych tłumaczeń, że to przecież zabawka i nagroda. - Skoro zajmuje miejsce, to musi mieć bilet – stwierdził kategorycznie. Nie było dalszej dyskusji, bilet został zakupiony i pluszak mógł kontynuować podróż na osobnym siedzeniu.

Misiów zaczęło przybywać. Niektóre były nagrodami, później już były prezentami. Zaczęło brakować dla nich miejsca w domu i dlatego pan Witold postanowił wybudować obok swojego domu, budynek, w którym zamieszkałyby misie.

Domek nie jest duży, ale mieszkają w nim tylko pluszaki. Gdy wchodzimy do środka słychać chrapanie. - To jeden z misiów tak smacznie śpi – śmieje się pan Witold. Zresztą misie mają różne talenty, niektóre śpiewają, inny jest po prostu pluszowym radiem, jeszcze inny pachnie truskawkami, a kolejne potrafią leczyć ból głowy.

- Te misie to właściwie są trzy zbiory w jednym miejscu – opowiada pan Witold. - Miałem juz sporo swoich pluszaków i trafiłem do Teleexpessowego Kącika Ludzi Pozytywnie Zakręconych. Tam zobaczyła mnie doktorantka politologii z Lublina. Odnalazła mnie, zadzwoniła i spytała, czy nie przyjąłbym jej kolekcji, bo ona ma małe mieszkanie i nie bardzo ma dla nich miejsce, a ja jestem odpowiednim człowiekiem, u którego mogłyby zamieszkać. Oczywiście, zgodziłem się.

Przekazanie 180 misiów wyglądało jak z gangsterskiego filmu. - Umówiliśmy się pod budynkiem ZUS-u w Lublinie – wspomina pan Witold. - Podjechaliśmy dwoma samochodami, podaliśmy sobie dłonie, przełożyliśmy 3 czarne worki z jednego bagażnika do drugiego, kolejny uścisk dłoni i odjechaliśmy, każdy w swoją stronę.

Kolejna kolekcja trafiła do Wiśniowej Krainy Misiów znad morza. - Zadzwonił do mnie, mężczyzna z Koszalina, z propozycją przekazania nam kolekcji  misiów zgromadzonej przez jego rodzinę – opowiada pan Witold. - Powiedział, że zmarły jego siostra i matka (organizatorki Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych o Włodzimierzu Wysockim w Koszalinie), miały cały pokój dla misiów. Odnalazł mnie w Internecie i chciałby przysłać te misie, bo ma do nich sentyment i nie chciałby oddawać do żadnej placówki. Miałem wtedy 720 misiów, ale zgodziłem się przyjąć i te znad morza.

I tak do Wiśniowej Krainy Misiów przyszło pocztą 29 kartonów, w sumie 620 pluszaków. Przesyłka stanowiła nie lada wyzwanie dla Państwa Danielewiczów. Trzeba było przygotować miejsce dla nowych lokatorów. Powstały nowe regały, dzięki którym każdy miś ma swoje miejsce.

Najstarszy misiek ma obecnie 58 lat i przyjechał z Budapesztu. Państwo Danielewiczowie kupili go na wyprzedaży ulicznej. Jak na seniora przystało, ma on zapewnione doskonałe warunki. Specjalnie dla niego zostało zakupione łóżeczko, aby miś już tylko odpoczywał.

Misiowy domek często odwiedzają goście. Każdy przywozi jakiś drobiazg, przeważnie jest to kolejny miś. Hisanori Funane, przyjaciel  z Japonii, nie przywiózł maskotki, ale piękny woreczek z nadrukiem misia.

Każdy eksponat ma tu swoją historię. Jest miś, który przysłała dziewczyna z Kanady z informacją, że nazywa się on Chopin.

Są też misie lub, jak mówi pan Witold, zwierzęta misiowate, które Danielewiczowie darzą szczególnym sentymentem. Jednym z nich jest misiowaty słonik o bardzo ciekawym imieniu Papandewalorokomundoronikolakopulowszczątko. - W 1997 roku podczas powodzi, w Opolu Śląskim zalało szkołę muzyczną – wspominają państwo Danielewiczowie. - Postanowiliśmy wczuć się w sytuację uczniów i nauczycieli tej placówki. Zaprosiliśmy ich na 2 tygodnie do siebie na wypoczynek. Gdy wyjeżdżali dostaliśmy od nich tego słonika z kartką, jak się nazywa.

Misiaki pochodzą z różnych stron świata. Są między innymi z Niemiec, Japonii czy Meksyku. Największy, mierzący ponad 1,5 m, przyleciał do Wiśniowej Krainy ze Stanów Zjednoczonych.

Nie brakuje też misiowej elity, czyli niedźwiadka z firmy Margarete Steiff.

- Dlaczego miś jest tak popularny? - zastanawia się pan Witold. - Jest podobny do małego dziecka, bo też ma dużą główkę i jest pulchny, a przy tym jest też miły w dotyku.

W misowym domku państwa Danielewiczów jest też misiowa orkiestra. To połączenie obu pasji gospodarzy, którzy od ponad 40 lat prowadzą w Poniatowej chóry  „Szczygiełki”. Poniatowskie grupy dały ponad 3000 występów, nie tylko w Polsce, ale także w kilkudziesięciu krajach. Przekrój wiekowy chórów również jest imponujący; najmłodszy ma niespełna 3 lata, a najstarszy 51.

- Mamy w naszych zespołach w sumie ponad 250 osób, które występują w 6 chórach – mówi pani Danuta Danielewicz. - Jest też zespół, w którym występują byli chórzyści.

Najbardziej znanym na całym świecie jest jednak zespół muzyki dawnej „Scholares Minores pro Musica Antiqua”, który ma w swoim repertuarze utwory ze średniowiecza, baroku i renesansu.

Pan Witold jest też autorem książki po tytułem „Nie ma dzieci niezdolnych muzycznie.” - Obala ona tezę, że do nauki muzyki i jej wykonywania oraz osiągnięcia sukcesu artystycznego potrzebny jest tak zwany talent muzyczny – mówi pan Witold. - Książka powstała na podstawie naszych własnych doświadczeń. Na początku pracy z dziećmi organizowaliśmy egzamin dla nowo przyjmowanych do chóru. Pewnego dnia przyszli do nas rodzice z synkiem. Okazało się, że chłopiec nie potrafi powtórzyć żadnego dźwięku. Powiedzieliśmy, że nie możemy go przyjąć. Ojciec jednak poprosił, aby chłopak został w chórze, bo im zależy, aby dobrze go wychować. Powiedzieli, że nawet nie musi śpiewać, ale aby był chórzystą. Zgodziliśmy się, pod warunkiem, że syn rzeczywiście nie będzie śpiewał.

Minęło półtora roku. Pewnego dnia pan Witold zauważył, że chłopiec śpiewa. - Tadek, dlaczego ty śpiewasz, miałeś tego nie robić – krzyknął. - Chłopiec powiedział, że śpiewa „tak, jak inne dzieci”. Zdziwiłem się, bo pamiętałem, że nie potrafił powtórzyć żadnego dźwięku. Wziąłem go do siebie, sprawdziłem i okazało się, że zaśpiewał  bezbłędnie partię drugiego głosu, a to naprawdę, duża sztuka.

Od tej pory do „Szczygiełków” nie ma już egzaminów, a przyjść może każdy, kto tylko chce śpiewać.

- Te dzieci różnią się muzycznie, ale nie mamy problemów z tymi, którzy przychodzą bez poczucia rytmu, czy też umiejętności powtarzania dźwięków – dodaje pani Danuta. - Tadzio, o którym opowiadał mąż, grał później na kilku instrumentach, był solistą w zespole rockowym i wiele razy reprezentował Polskę na różnych wydarzeniach artystycznych na całym świecie.

Pan Witold, już jako emeryt napisał i obronił doktorat z psychopedagogiki. - Musiałem zdać kilka egzaminów i byłem dumny, że udało mi się je zaliczyć lepiej niż moim młodszym kolegom – wspomina z uśmiechem. - Zresztą, na emeryturze dokonałem w krótkim czasie, wiele rzeczy, między innymi  w ciągu półtora roku  poza doktoratem, wybudowałem dom dla nas i drugi dla naszych misiów.

Misie, śpiewające na głosy, witają gości w domu Państwa Danielewiczów. Są też na kominku, w kuchni, a nawet w sypialni. - To są te, do których mamy największy sentyment, ale kochamy wszystkie misie – mówią Danielewiczowie.

Misie obecne są w całym ich życiu. - Nawet jak jedziemy autokarem z naszymi chórzystami, to one pytają, co słychać u naszych niedźwiadków – mówi pan Witold. - A ja opowiadam im o tym, co robią nasze miśki, jak rozrabiają, bawią się czy śpiewają.

Sami też są nazywani Misiami. Kochają się od ponad 40 lat. Pewnie to zasługa daty ślubu. Pobrali się bowiem 14 lutego, czyli w Dniu Zakochanych. Połączyła ich wspólna pasja i podobne postrzeganie świata.  Chórzyści napisali nawet o nich piosenkę „Misie dwa”, która rozpoczyna się słowami: „Posłuchajcie opowieści tej, o dwóch Misiach, które pokochały się...”

Historia misia

W kulturze światowej miś pojawił się na początku XX wieku. Prezydent USA Theodore Roosevelt był fanem myślistwa i często organizował polowania. W 1902 roku zabrał swoich współpracowników na polowanie, które niestety, nie udało się.  Uczestniczący w łowach, postanowili poprawić prezydentowi humor, złapali niedźwiadka i przywiązali go do drzewa, aby Roosevelt mógł go upolować. Prezydent jednak zdenerwował się, twierdząc, że urzędnicy chcą zrobić z niego rzeźnika, a nie myśliwego. Całe zdarzenie opisał „Washington Post”. Powstała nawet karykatura Roosevelta broniącego niedźwiadka.

Popularność misia z rysunku postanowił wykorzystać właściciel sklepu z zabawkami na nowojorskim Brooklynie Morris Mitchom. Na cześć prezydenta tego pluszaka nazwał "Teddy's Bear" (Teddy – od zdrobnienia imienia Theodore). Mitchom napisał list do prezydenta z prośbą o zgodę na wykorzystanie imienia dla pluszowego niedźwiadka, którego zamierzał dołączyć do asortymentu swojego sklepu. Roosevelt zgodził się, ale odpisał, że nie widzi przyszłości w tym „niedźwiedzim interesie”.

Miś w Europie

Matką pluszowego misia w Europie jest Margarete Steiff. Niepełnosprawna kobieta zarabiała szyjąc poduszeczki do igieł. Pewnego dnia, jej siostrzeniec zachwycił się niedźwiadkiem, którego zobaczył w ZOO. Wrócił do domu i narysował misia. Ciotka postanowiła uszyć chłopcu podobnego zwierzaka z pluszu. Miś spodobał się nie tylko dziecku, ale i znajomym, dlatego Margarete szyła je również dla nich. Zaprezentowała je podczas Targów zabawek w Lipsku w 1903 roku. Zachwycił się nimi pewien Amerykanin, który podpisał ze Steiff kontrakt na dostawę 3000 misiów. Tak powstał zakład, który istnieje do dziś i nadal szyje misie.

Ciekawostki

*Najdroższy pluszowy miś w jednym z domów aukcyjnych został sprzedany za 100 tys. funtów.

* W Holandii ukazuje się specjalne pismo „Misiowe wiadomości” i nie jest to gazeta dla dzieci, ale dla kolekcjonerów pluszaków.

*25 listopada obchodzony jest Światowy Dzień Pluszowego Misia. Święto zostało ustanowione  2002 roku, w setną rocznicę powstania tej popularnej maskotki

*Miś stał się bohaterem utworów dla dzieci, z których najbardziej znanym jest Kubuś Puchatek Alana Alexandra Milne’a. Innym niedźwiedzim bohaterem książek dla dzieci jest Miś Paddington. W Polsce popularne były dobranocki przedstawiające misia, np. Miś Uszatek czy Colargol.

 

Szczygiełki

Chór „Szczygiełki” powstał w 1975 roku w Zbiorczej Szkole Gminnej w Poniatowej, chociaż nazwę taką przyjął dopiero rok później. Jego założycielką jest Danuta Stanisławek (po mężu Danielewicz). Pierwsi chórzyści to 30 dzieci z klas 1-3 Szkoły Podstawowej. Próby odbywały się na korytarzach szkolnych. Już w pierwszym roku działalności dał 3 koncerty.

Z biegiem lat grupa rozrastała się i dziś do poniatowskich zespołów muzycznych należy ok. 250 osób
w wieku od 3 do 51 lat. Adepci muzyki umieszczani są w różnych grupach chóralnych w zależności od predyspozycji i umiejętności muzycznych: „Małe Szczygiełki", "Średnie Szczygiełki", „Szpaczki”,  „Kolibry” (chóry przygotowawcze), „Szczygiełki" i  Szczygiełki Grandi” i  „Szczygiełki Fenix” (formacje reprezentacyjne) lub w zespole muzyki dawnej „Scholares Minores pro Musica Antiqua” . 

Zespoły  śpiewają utwory komponowane przez kompozytorów polskich i obcych na przestrzeni od XIII w. do współczesności. „Scholares Minores pro Musica Antiqua”  i chóry „ Szczygiełki"  biorą udział w festiwalach i konkursach muzycznych w Polsce i poza granicami. Podczas 121 podróży odwiedzili większość krajów w Europie i na świecie.

Twórca samego siebie - od nawyku do szczęścia...

Historia, o tym jak możesz zostać Twórcą Samego Siebie przed Tobą. Jedna z recept na osiągnięcia, na wyjątkowość oraz na zaufanie do samego siebie. Jeżeli tylko uda Ci się dostrzec, coś co będzie impulsem do zmiany nawet najmniejszej części Twojego życia na lepsze, będzie mi bardzo miło. Bo o to właśnie w tym wszystkim chodzi.

Czytaj więcej

Specjalista od trudnych przypadków

Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Często nie doceniamy naszego narządu wzroku. Zaczynamy o oczy dbać dopiero wtedy, gdy mamy trudności z widzeniem. Zdarza się, że nasze oczy wskutek jakiegoś zdarzenia losowego odmawiają posłuszeństwa. W niektórych przypadkach pacjenci słyszą, że niestety, ale gałki ocznej nie uda się już uratować i zaleca im się usunięcie tego organu. Nie zawsze jednak jest to wyrok dla oczu poszkodowanego pacjenta. Udowadniają to lubelscy specjaliści z Kliniki Okulistyki Ogólnej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, którzy potrafią uratować oczy nawet w przypadkach, gdy inni lekarze nie dawali pacjentom szans. O oczach i nie tylko rozmawiamy kierownikiem lubelskiej kliniki, profesorem Robertem Rejdakiem.

Czytaj więcej

Charytatywny spektakl muzyczny „SIEDEM RAZY LUBLIN”

Za nami szósta edycja przedsięwzięcia „Znani, a nieznani” organizowanego przez Lubelską Akcję Charytatywną. Spektakl "Siedem razy Lublin" w reżyserii profesor nadzwyczajnej Zofii Bernatowicz, z muzyką doktora Tomasza Momota i Natalii Wilk, odbył się w Sali Operowej Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Po raz pierwszy w historii akcji przedstawienie zostało wykonane dwukrotnie –  premiera 15, a powtórka 28 listopada. Zebrane w tym roku środki zostaną przekazane Polskiemu Stowarzyszeniu Na Rzecz Pacjentów Leczonych Żywieniowo „Mogę Żyć”. Kilka słów na temat akcji przedstawia Laura Krzysiak, laureatka medalu 700-lecia Miasta Lublin, inicjatorka Lubelskiej Akcji Charytatywnej oraz cyklu spektakli „Znani, a nieznani”, na co dzień nauczycielka matematyki w Szkole Podstawowej nr 15 im. Jana Pawła II w Lublinie. O swoich doświadczeniach opowiadają również uczestnicy akcji.

Czytaj więcej

Strona 3 z 4